Galen prowadzi tutaj blog rowerowy

Galen

Wpisy archiwalne w kategorii

Krótkie wycieczki

Dystans całkowity:3570.22 km (w terenie 172.55 km; 4.83%)
Czas w ruchu:178:27
Średnia prędkość:20.01 km/h
Maksymalna prędkość:59.46 km/h
Maks. tętno maksymalne:208 (106 %)
Maks. tętno średnie:184 (88 %)
Suma kalorii:11964 kcal
Liczba aktywności:87
Średnio na aktywność:41.04 km i 2h 03m
Więcej statystyk

Śliczne paskudztwo

Piątek, 11 czerwca 2010 | dodano: 12.06.2010

Wczoraj w końcu odebrałem kółka z serwisu, więc mogłem założyć je do Salamandra i pokręcić do pracy. Mimo, że wyruszyłem wcześnie, bo ok. 7:30 na dworze było już upalnie. 8h w biurze, to była masakra i z utęsknieniem czekałem na 16:00. Kiedy wyszedłem z biura nie odczułem ani grama ulgi. Z nieba lał się żar, a ze mnie pot. Drogę powrotną zmodyfikowałem odrobinkę zahaczając o sklep klamotami dla Warhammerowców itp. Nie mieli togo, co potrzebowałem, więc pokręciłem dalej zajeżdżając jeszcze do Focusa zawieźć mu obiecane miesiąc temu naklejki BS. Wracając od Agi po 22:00 zrobiłem sobie małe kręcenie po nocnym Wrocławiu. Fotka poniżej z archiwum, bo nie udało mi się ustrzelić nic ciekawego komórką.


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Slow Motion

Sobota, 5 czerwca 2010 | dodano: 05.06.2010

Miało być rowerowanie od rana ale wyszła kaszana. W Ciastoramie zamiast spędzić pół, spędziłem 3,5h... Gdy w końcu byłem wolny od zapraw, kołków, śrub i rigipsów, na dworze zrobiła się patelnia. Był taki upał, że można było smażyć jaja na krawężnikach. Postanowiliśmy więc z Agą przeczekać ten skwar w domu przed wentylatorem. Gdy wyruszaliśmy na mini kręcenie ok. 18:30, słońce było już znacznie niżej ale duchota pozostała. Żeby się nie zarzynać pojechaliśmy na lajt w stronę Ramiszowa. Po drodze poczułem się jak nad morzem. Słońce waliło jeszcze konkretnie w czachę, znad Odru czuć było zapach wilgoci a dookoła mnie rozpościerała się woń olejków do opalania (mam już dość opalenizny na wieśniaka). Poza tym nic ciekawego. Zamulałem trochę, bo nie lubię jeździć w opał a Aga na dodatek ciskała we mnie włochatymi bąkami. Zrobiła się już taka pora w roku, że trzeba bardzo uważać, nie tyle na to co się mówi, ale kiedy, bo można się stać mimowolnie posiadaczem całkiem sporej kolejki owadów na uzębieniu (gizas jakie długie zdanie). Strasznie dużo tego lata, może to efekt powodzi? Gdy dotarliśmy do budowy Autostradowej Obwodnicy Wrocławia Aga wyciągnęła telefon komórkowy i zaczęliśmy kręcić filmiki. Porno nie było (sorki Bendus) ale zabawa mimo to całkiem fajna. Powrót dokładnie taką samą trasą bez udziwnień. W poprzedniej notce zapomniałem wspomnieć, że stałem się dumnym posiadaczem 2 koszulek Nutella Mini Tour De Pologne (wygrana w konkursie) i dziś był kolejny dzień testów. Muszę przyznać, że koszulki wykonane są z bardzo dobrego materiału. Oddychalność nawet w tak gorące dni jest bardzo dobra. Fantastyczną sprawą jest bardzo długi rozpierdak, dzięki któremu można eksponować klatę, kaloryfer lub bojler (zależy kto co ma). Fantastyczne uczycie kiedy watr delikatnie porusza pluszem na klacie i smuga lekko twardawe sutki... Hmm, chyba się za bardzo rozkręciłem. To nie ten blog... Wracając do tematu, koszulki są bardzo fajne. Zobaczymy jak będą wyglądały po pierwszym praniu. To chyba na tyle uciech na dziś. Pozdrówka!




Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Ciśnienie, gady, lody, piwo...

Piątek, 4 czerwca 2010 | dodano: 04.06.2010

Zwlokłem poślady bardzo wcześnie, zważywszy, że mamy długi weekend. O 8:00 byłem umówiony w serwisie na wymianę kabelków WN i świeczek w Sienie. Sprawy rozegrały się błyskawicznie i już o 8:40 siedziałem w domu drapiąc się po tyłku i rozmyślając co tu ze sobą począć. Postanowiłem, że udam się do serwisu rowerowego i podejmę próbę zmiany ciśnienia w amortyzatorze, bo coś jakiś twardawy się wydaje. Nie wybiera liści, co bardzo negatywnie wpływa na mój komfort zarówno fizyczny jak i psychiczny. U Krajka było zamknięte, więc pokręciłem na ul. Długą do Barego. Tam chłopaki z serwisu zrzucili mi ciśnie o 10 psi, do upragnionego poziomu 90 psi. Na 12:00 umówiłem się z Agą i Mamusią (II) na TurDeWały. Ponieważ (hmm, chyba się nie powinno zaczynać zdanie od ponieważ), do wyznaczonej godziny było jeszcze spoooro czasu, udałem się w stronę Mostów Warszawskich, bez większego celu. Tam pokręciłem się chwilę i spotkałem znajomego Pawła B. Pogadaliśmy troszkę o rowerowych klimatach, odprowadziłem go do kortów tenisowych i pokręciłem w stronę domu Agi. Kiedy doprowadziliśmy Unibike'a Mamusi (II), do stanu jak z wystawy sklepowej, udaliśmy się na rowerowy spacerek. Droga prowadziła wałami (nie było zakazu) do Jazu Bartoszowickiego, przez Trestno i z powrotem przez lodziarnię (z zajefajnymi lodami o smaku czekolady z chili!!!) i Park Szczytnicki do domu. Po drodze sporo zalanych terenów i smrodu z tym związanego ale pogoda była fantastyczna a wiatr był delikatny i jechało się bardzo przyjemnie. Gdzieś na wale spotkałem to małe stworzonku (którego bym nie zauważył, gdyby nie Aga), które wygrzewało się na drodze rowerowej i miało w ogonie fakt, że kilka cm od niego śmigają rowery. Z początku chciałem ratować biedactwo przesuwając je delikatnie patyczkiem na trawkę ale było mu to ewidentnie nie w smak i próbowało mi odgryźć nogę. Po południu, po obiadku wybraliśmy się w tym samym składzie na rynek wrocławski, gdzie odbywała się impreza Europejskie Smaki. Można było zakosztować potraw z wielu krajów Europy, truskawek z ciekłego azotu, sorbetu z martini, win i piw wszelakich. O mały włos a bylibyśmy posiadaczami flaszki wina z autografem Marka Kondrata ale zabrakło kilku minut. Może jutro Agacie się uda :]

Pozdrawiam i przepraszam za ścianę tekstu. Hołk!

P.S. Sorki za jakość fotki ale trzaskana była telefonem komórkowym.


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Z Szefem Wszystkich Szefów

Niedziela, 23 maja 2010 | dodano: 23.05.2010

Dzisiejsza wycieczka BS odbyła się w ograniczonym składzie: Agata, Blase i ja.
Próbowaliśmy wydostać się z zalewanego Wrocławia w kierunku na Wzgórza Trzebnickie ale niestety. Wylała Widawa i nas odcięło. Bez większego pomysłu pokręciliśmy w stronę Mostu Milenijnego a następnie Lasku Osobowickiego. Z lasku udaliśmy się w stronę Rędzina, który jest suchy jak pieprz. W rędzinie natknęliśmy się na brukowaną drogę i podążyliśmy nią aż do przepompowni. Stamtąd odbiliśmy na Świniary i wróciliśmy asfaltem do Wrocławia ścigając się na ostatnim odcinku z turbo dziadkiem! Wycieczka bardzo przyjemna i słoneczna. Boli tylko dupa od kostki brukowej i swędzą pogryzienia po komarach. To chyba na tyle. Wieczorkiem jak wrócę do domu zrobię update kilometrów i czasu.

Pozdrawiam!


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Zameczek na wodzie

Wtorek, 11 maja 2010 | dodano: 11.05.2010

Ostatni dzień weekendu miał upłynąć chodź odrobinkę rowerowo. Rano nie chciało mi się zwlekać z wyrka, ale wiedziałem, że jak tak dalej poleżę, to dopadnie mnie leń i w ogóle się nigdzie nie ruszę. Samochodem na ND dojechałem w miarę sprawnie. Zjadłem tosty, wziąłem prysznic i poszedłem z laptopem to kibelka planować trasę (panuje tam atmosfera skupienia i jest ciemno, więc łatwo odrysować mapkę od ekranu). Jak już naszkicowałem mapkę z dojazdem, zwinąłem resztę klamotów i pojechałem z powrotem do Agi. Już sam początek był pod górkę, bo okazało się, że zapomniałem wyciągnąć izotonika z zamrażalnika ale wycieczka nie miała być długa, więc kręciliśmy dalej. Przebijanie się przez miasto doprowadzało mnie chwilami do wrzenia. Na ścieżki wyległy masy ciołków, którzy urządzali sobie pogaduchy zastawiając całą drogę albo jechali pod prąd. Na szczęście dalsza cześć, już poza granicami miasta, była znacznie mniej zatłoczona. Wybrana przeze mnie trasa okazała się idealna dla slicków (których nie chciało mi się zakładać). Łykaliśmy kolejne kilometry a cel wycieczki nadal pozostawał gdzieś za horyzontem. Za Pisarzowicami na wysokości przejazdu kolejowego skręciliśmy za wcześnie i wylądowaliśmy w Brzezinie skracając tym samym znacząco wycieczkę i ładując się w leśne wertepy. Zameczek był oblegany przez masy ludzi. W większości tłuściutkie dzieciaki w białych, pierwszokomunijnych wdziankach. Posiedzieliśmy chwilę marząc o wodzie i dając się pogryźć komarom. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o fragment trasy wrocławskiej edycji Bike Maratonu - lekko zabłocony singletrack. Wycieczka była super ale jak zwykle daliśmy dupy z przygotowaniem. Brak wody, jedzenia, kasy na powyższe i brak aparatu sprawił, że było prawie idealnie a prawie robi wielką różnicę... Wieczorkiem wróciłem przez Most Milenijny, żeby dobić do 80km. Pod bramą musiałem jeszcze uciekać przez trzema zapijaczonymi dresiarzami, dla których koleś w obcisłych gatkach wydał się interesujący.

Trasa: Centrum -> Pilczyce -> Maślice -> Marszowice -> Wilkszyn -> Pisarzowice -> Brzezina -> Wojnowice

Panoramka pochodzi z sobotniego wypadu w Góry Sowie.


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Na tłuścioszkach!

Sobota, 1 maja 2010 | dodano: 01.05.2010

Miała być seta ale pogoda od samego rana była do dupy. Dopiero ok 13:00 zaczęły wysychać asfalty i mimo wiszących nad głową chmur można było wybrać się na małe kręcenie. Pomysłu za bardzo nie było, więc wzięliśmy z Agą mapkę Wzgórz Trzebnickich i pojechaliśmy przed siebie. W trakcie wycieczki wypogodziło się i wylazło słońce. Po przejechaniu 25km w stronę Milicza odbiliśmy na Trzebnicę a następnie Wrocław. Miało wyjść 50 ale coś nie do końca się udało. Któryś licznik przekłamuje. Będę musiał sprawdzić który. Wycieczkę udało zakończyć się w odpowiednim momencie. Chwile po zjedzeniu obiadku (gyrosik - mniam!) zaczęło znów padać. Fotek dziś nie strzelaliśmy, bo jakoś nie było weny. Jedyną fotkę dedykuję bendusowi.
Pozdrawiam!


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Psie Pole nie do końca

Piątek, 30 kwietnia 2010 | dodano: 30.04.2010

Nareszcie "długi" weekend. Dziś niestety cały dzień w biurze. Na szczęście przyszedł podkład mapowy, mogłem się zabrać do ostrej pracy i czas dość szybko leciał. Wieczorkiem pokręciliśmy z Agą na mały test Jej nowego kokpitu, klocków, pancerzy i bluzy rowerowej dla dzieci z wyprzedaży w Decathlonie :P Najważniejsze, że kierownica Boplighta przypadła do gustu. Pozycja jest znacznie niższa. Niby tylko kilka cm ale różnicę widać gołym okiem no i Kross stracił na wadze :]

Prognozy na jutro są kiepskie ale planujemy z Agą małą wyprawę rowerowo-mineralogiczną w stronę Wzgórz Strzelińskich do miejscowości Jegłowa, gdzie kiedyś można było wykopać w kaolinie śliczne kryształy górskie. Plany są ambitne i myślę, że jeśli pogoda nie namiesza, to wyprawa będzie udana.

Pozdrawiam!

P.S. Pod panoramką dorzucam 12 fotek z Bike Maratonu, które dziś kupiłem i przemieliłem w Photoshopie.


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Bike Maraton - Wrocław

Niedziela, 25 kwietnia 2010 | dodano: 25.04.2010

Pot, ból mięśni, kurz, żar z nieba i magiczne pomarańcze, czyli Bike Maraton - Wrocław.

wynik M2: 194
wynik M: 603
wynik open: 648
czas: 02:43:11
punkty: 319

Po sobotnich przygodach z szukaniem gumek wolałem nie ryzykować już więcej wtop. Wstałem rano i stosując oldschool'owy sposób zrobiłem sobie papierową listę klamotów, które mam wziąć. Po przygotowaniu już wszystkich klamotów, zlazłem pod blok, żeby zapakować wszystko do Sienki. Miałem lekki "reisefieber" i nie mogłem wysiedzieć w domu. Na miejsce dojechałem, to stało może z 30 samochodów, a miasteczko powoli zaczynało tętnić życiem. Szukałem ludzie z teamu BS ale nie spotkałem nikogo w naszych barwach. Ludzie zapuszczali korzenie stojąc w kolejce do biura zawodów. Gdy otwarto sektory wpakowałem się do pierwszego i zapięty już w spd wyczekiwałem wystrzału z armaty. Nie doczekałem się. Ludzi była taka masa, że nie udało się wpisać wszystkich na czas i start się przesunął. Najprzyjemniejszym momentem było odliczanie od 10 w dół. Czuło się taki dreszcz emocji i niepokoju. Trochę jak by ktoś drapał po pleckach i jednocześnie łaskotał.

3... 2... 1... Poszli! Początek był zajebiaszczy. Grupa nadała ostre tempo wzbijając tony kurzu. Cisnąłem po dziurach grubo ponad 30 ale forma szybko siadła. Do pierwszego bufetu dojechałem już zarznięty ale postanowiłem zgrywać kolarza i zamiast zatrzymać się, napić i nawcinać bananów, wyciągnąłem rękę a ktoś umieścił tam kubeczek z izotonikiem. Przez ułamek sekundy czułem się jak na olimpiadzie, ale ktoś mnie szturchnął i cały izotonik wylałem sobie na twarz. Zlizałem trochę ale z potem i kurzem nie smakował zbyt dobrze. Chwilę później zapomniałem, że jadę na blacie i zacząłem zrzucać przełożenia przed wjazdem w ostre błoto. Kiedyś 2 razy zerwałem łańcuch i stracił 3 albo 4 ogniwa. Teraz był za krótki i podczas jazdy na blacie, gdy wrzuci się na najwyższą zębatkę z tyłu, to klinuje się. Nie szło zrzucić go z powrotem. Musiałem zrobić to po chamsku - wsadzić imbus między blat a łańcuch i zakręcić korbą. W sumie nie trwało, to długo ale zanim skończyłem, to przy błocie zrobił się korek i czekałem aż mnie wpuszczą.
Kolejne kilometry i zmęczenie narastało. Po miejscach, gdzie wcześniej było błoto nie było śladu. Na otwartych przestrzeniach słońce i wiatr dawały czadu. Z racji wyższej prędkości, niż na objeździe trasy, dupą trzęsło mocniej a łapy bolały od ściskania gripów i klamek. Podjazdy były strasznie zatłoczone i nawet jak ktoś miał dynamit w nogach, to wprowadzający rowery bikerzy blokowali ścieżkę. Z 3 większych podjazdów udało mi się zaliczyć tylko jeden ale myślałem, że mi żyłka pierdyknie. Na drugim bufecie podjadłem już banana, zatelefonowałem do Agi i odebrałem sms'a od blasa. Po 40km byłem już styrany i wlokłem się niemiłosiernie. Gdy zostało już sił tylko na niektóre funkcje życiowe na ścieżce pojawiła się tabliczka - bufet 100m. To było eldorado! 4 kartony ciasteczek, suszone owoce, banany, izotoniki i... POMARAŃCZE! Zimne ćwiarteczki fantastycznych pomarańczy! Smakowały jak nigdy. Wrzuciłem do koszulki 2 garstki moreli, kilka ciasteczek i jak po zastrzyku z koxu ruszyłem w trasę. Oczywiście już po kilkudziesięciu metrach odczułem swoje obżarstwo. Brak umiaru, to u mnie normalne. Końcówka była dość ciężka. Wniesienia wysokości progów zwalniających na drodze osiedlowej a ja miałem wrażenie, że wjeżdżam na Mont Everest. Podudzie piekło jak by mi ktoś papierem ściernym po włóknach mięśniowych szorował. Gdy tylko skończył się las, wiedziałem, że zostało już tak niewiele. Wycisnąłem z sobie resztkę sił i wyprzedziłem kilkoro dzieciaków i jedna starszą panią. Po przekroczeniu dmuchanej mety przywitała mnie uśmiechnięta Aga, woda i saszetka z izotonikiem. Po tym jak wysapałem z siebie kilka słów opisu trasy, stanęliśmy w kolejce po makaron.
Reszta imprezy upłynęła na czekaniu na losowanie nagród. Jak można było się spodziewać, nie wygrałem nic.

Podsumowując. Impreza była zorganizowana genialnie. Trasa oznaczona fantastycznie. Zaplecze sanitarne i zabezpieczenie asfaltów wzorowe. Bufety wypasione (tylko na mecie nie było już pomarańczy). Trasa jak dla dla mnie super. Może miejscami trochę ciasno ale w końcu wystartowało ponad 1600 osób.

Wrzucam fotki autorstwa: Agaty Gałeckiej, Rafała Olkisa i Joanny Tomes.
Dziś (30.04.2010) dorzucam 12 fotek kupionych od Sportograf.com.


Kategoria Krótkie wycieczki

Po numer startowy i chip

Sobota, 24 kwietnia 2010 | dodano: 24.04.2010

Miałem napisać tu coś ciekawego, taką mini relację z dzisiejszego dnia ale padam na ryjek. Powiem tylko tyle: wielki kanion i rów mariański są niczym w porównaniu z dziurami w moim mózgu. Od kilku dni żyję maratonem a dziś po powrocie od Agi zabrałem się za wymianę opon na terenowe i co? Zapomniałem kupić dętek! Było już po 22, więc opcja kupna odpadała ale maratończyk się nie poddaje, nie przed startem! Byłem już gotowy wypruć dętki z roweru sąsiada ale po przekopaniu kanciapy rowerowej znalazłem jakieś stare łatane IRC i jakiegoś Decathlona. Całe to moczenie gumek w wannie w poszukiwaniu umykających bąbelków i wyszarpywanie opon z obręczy mnie wymęczyło. Rozrobiłem sobie jeszcze izotonika, wsadziłem do lodówki, zamontowałem porządnie numer startowy (259) i czipa a teraz szałer i lulu.

Dobranoc!



Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki

Jednak ze zdjęciem...

Piątek, 23 kwietnia 2010 | dodano: 23.04.2010

Znów kolejny wpis bez zdjęcia i pewnie nikt tu nie zaglądnie... Poprzedni nabrał trochę komentarzy, po tym jak Mlynarz ujawnił plany ożenku z Asicą ale tym razem wątpię, żeby ujawniło się kolejne przyszłe małżeństwo i podbudowało moje komentarzowe statystyki. Prawda jest chyba taka, że nikomu nie chce się czytać tego, co ludzie wypisują na blogach. Zaglądamy na nie albo z przyzwyczajenia albo dlatego, że przyciągnęło nas ładne zdjęcie na głównej, a im więcej tekstu pomiędzy zdjęciami tym gorzej. Czytamy to, co autor tam nastukał z czystej grzeczności przymuszając się trochę do tego.

Właściwie, to nie mam dziś nic ciekawego do powiedzenia. Z chaosu myśli, które kluczą gdzieś pod kopułką w poszukiwaniu mózgu, o rowerowej tematyce nie wyłowiłem nic. O! chwila! Coś się pojawiło...
Myśl 1 (a właściwie to wątek). Ciekawie kiedy dojdzie ta kierownica Boplight'a dla Agi. Czeka mnie w najbliższym czasie serwis Kross'a Agi i już się nie mogę doczekać.
Myśl 2. Bike Maraton. Jeszcze 2 dni do "dnia próby". Pogoda jest coraz lepsza, więc coraz gorsza. Już tłumaczę. Maraton będzie płaski jak kartka papieru. Jedyna atrakcja na trasie to błoto, które właśnie wysycha i nie będzie na co zwalać kiepskiego czasu. Na dodatek z powodu żałoby narodowej i związanego z nią przesunięcia terminu BM miałem dodatkowy tydzień na wyrzeźbienie ciała Pudziana. Nie udało się i czuję się bardziej jak worek kartofli i to takich już lekko nadpsutych. Tą smutną myślą zakończę ten filozoficzny wywód. Może w drodze do domu spotka mnie coś ciekawego? Najwyżej dopiszę.

Edit:

Po powrocie z roboty pokręciliśmy z Agą w stronę Ramiszowa. Takie małe rozruszanie tyłka.


Kategoria Kręcenie korbą po Wrocku, Krótkie wycieczki